O problemach związanych z oceną następstw wykorzystywania technologii genetycznej modyfikacji roślin i zwierząt pisaliśmy w naszym serwisie przy okazji szczegółowych badań zleconych w czerwcu przez Komisję Europejską. Centra prowadzące badanie z tego obszaru nie są zgodne w ocenie ewentualnych zagrożeń wiążących się z zastosowaniem GMO w produkcji artykułów rolno-spożywczych.
W Polsce toczy się ożywiona dyskusja na temat wprowadzenia zakazu stosowania GMO w żywieniu zwierząt. W 2006 roku polski sejm przyjął ustawę, która częściowo blokuje możliwość wykorzystania pasz genetycznie zmodyfikowanych. Jednak nie weszły one w życie, ponieważ takie zapisy wprost kolidują z prawem unijnym i stały się podstawą dla wszczęcia trzech postępowań przed Trybunałem Sprawiedliwości przeciwko Polsce. Niekorzystny dla naszego państwa wyrok zapadł już w sprawie nowelizacji ustawy o nasiennictwie, która zabrania swobodnego obrotu materiałem siewnym GMO i wyklucza możliwość wpisania odmian roślin GMO do krajowego rejestru.
Przeciwnicy genetycznych eksperymentów z żywnością, powołując się na badania wskazujące jednoznacznie na niekorzystny wpływ tychże na zdrowie ludzi i środowisko, zapominają o konsekwencjach ekonomicznych jakie pociągnąłby za sobą taki zakaz. Głos w krajowej debacie zabrał Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ). W raporcie „O sytuacji na światowym rynku pasz wysokobiałkowych ze szczególnym uwzględnieniem produkcji roślin GMO”, opublikowanym pod koniec ubiegłego roku, IERiGŻ stwierdza: „Ewentualny administracyjny zakaz stosowania pasz GMO byłby jednoznacznie negatywny. (…) Zakaz ten przyczyniając się do pogorszenia konkurencyjności przemysłu paszowego oraz ważnych gałęzi produkcji rolniczej, jednocześnie będzie nieskuteczny w zabezpieczaniu polskich konsumentów przed spożywaniem żywności wyprodukowanej z udziałem pasz GMO.”. Komitet Biotechnologii przy Państwowej Akademii Nauk w styczniu tego roku ogłosił stanowisko, wedle którego stanowczo popiera wykorzystanie GMO w gospodarce.
O co to całe zamieszanie? Należy sobie uświadomić, że uprawy genetycznie modyfikowanej soi (75,4 mln ha) stanowią obecnie 75% wszystkich upraw soi na świecie. Przy czym w eksporcie udział soi GMO wzrasta do 90%. W przypadku rzepaku udział w GMO w całości upraw wynosi 26% globalnych upraw (8,2 mln ha) i stale rośnie. Polska importuje soję z zagranicy (rocznie ok. 1,8 mln ton), podobnie jak inne kraje Unii Europejskiej (w Europie nie uprawia się soi). W tej sytuacji żaden z liczących się producentów pasz przemysłowych nie stosuje w mieszankach śruty sojowej z nasion niemodyfikowanych genetycznie. Nawet jeżeli znajdziemy dostawców, cena „klasycznej” śruty jest wyższa o około 20-25% od śrut GMO. Wyjściem z tej sytuacji mogłaby być substytucja śruty sojowej innymi paszami wysokobiałkowymi, ale na tym polu możliwości są bardzo ograniczone. W przypadku śruty i makuch rzepakowych w żywieniu drobiu możliwości zastosowania są bardzo ograniczone. Nasiona strączkowe są stosunkowo drogie i tak samo jak w przypadku śruty arachidowej, pasz kukurydzianych i mączki rybnej – przeszkodą jest niska podaż. Śruta słonecznikowa i drożdże pastewne nie mogą być wykorzystywane w szerszym zakresie do żywienia drobiu i młodych świń. Na to nakłada się zakaz stosowania mączek mięsno-kostnych. Okazuje się, że dla genetycznie modyfikowanej soi nie ma alternatywy. Nie ma wystarczającej ilości śruty niemodyfikowanej w obrocie światowym, by pokryć zapotrzebowanie naszych producentów.
Na polu produkcji zwierzęcej sytuacja jest złożona. Spożycie produktów pochodzenia zwierzęcego w latach 2000-2007 rosło o 0,7% rocznie, w tym czasie konsumpcja produktów roślinnych zwiększyła się jedynie o 0,2%. By podaż mogła nadążyć za popytem, niezbędne jest wykorzystywanie pasz wysokobiałkowych w niespotykanym do tej pory zakresie. W ostatniej dekadzie globalne zużycie śruty sojowej wzrosło o ponad 50%, a rzepakowej o przeszło 60%.
Zapotrzebowanie na pasze wysokobiałkowe będzie rosnąć w kolejnych latach. Wprowadzając zakaz obrotu surowcem GMO, Polska nie wytrzyma konkurencji produktów z innych państw. Sam wzrost kosztów produkcji, związany z koniecznością korzystania z droższej soi, może wynieść 15% dla drobiu i trzody chlewnej. Producenci nie będą w stanie przenieść rosnących kosztów na konsumentów, ponieważ większość ludzi nie będzie skłonna dopłacać za produkty naturalne. Przy wyborze produktów spożywczych decyduje prosty rachunek ekonomiczny. Import, który zastąpiłby w takiej sytuacji krajową produkcję, oznacza że spożywalibyśmy tak czy siak żywność wytwarzaną przy udziale GMO, ponieważ w innych krajach jest ono wykorzystywane szeroko. Upadek lokalnych producentów pociągnąłby za sobą zapaść ubojni, dla których transport zwierząt na większe odległości byłby nieopłacalny.
Mając świadomość emocji, jakie wywołuje temat GMO w debacie publicznej, nie należy zapominać o ekonomicznych skutkach wprowadzenia ewentualnego zakazu dla naszej gospodarki. Mogą na tym stracić zarówno producenci i przetwórcy żywności, jak i konsumenci, którzy i tak będą spożywać produkty z importu produkowane z roślin zmodyfikowanych genetycznie.
Źródła: Departament Analiz BGŻ, IERiGŻ